Jak konkwistador w szmelcowanej zbroi,
Kiedy się w drogę radosną wybierze,
Idę; to otchłań się z nagła rozewrze,
To wietrzyk moje zmęczenie ukoi.
I choć niekiedy w czarnym niebie stoi
Mgieł mroczna gęstwa, ja się śmieję szczerze
I w niezawodną gwiazdę moją wierzę,
Ja, konkwistador w szmelcowanej zbroi.
A jeśli na tym świecie nam nie dano
Tego ogniwa ostatniego rozkuć,
Niech śmierć nadejdzie, spotkam ją beztrosko!
Będę z nią walczył, walczył aż do końca,
A może moja ręka, już stygnąca,
Zerwie błękitną lilię nieskalaną.
Я верно болен: на сердце туман,
Мне скучно все, и люди, и рассказы,
Мне снятся королевские алмазы
И весь в крови широкий ятаган.
Мне чудится (и это не обман),
Мой предок был татарин косоглазый,
Свирепый гунн… я веяньем заразы,
Через века дошедшей, обуян.
Молчу, томлюсь, и отступают стены —
Вот океан весь в клочьях белой пены,
Закатным солнцем залитый гранит,
И город с голубыми куполами,
С цветущими жасминными садами,
Мы дрались там… Ах, да! я был убит.